Godz. 7.55.
-Czy my nie idziemy dzisiaj do szkoły? - tym pytaniem obudził nas dzisiaj Mati. Ja do pierwszej w nocy przygotowywałam obiad i jak szłam spać, to słyszę od ojca wspaniałego:
-Ja lubię rano pospać.
Rzuciłam mu, że chyba jest wieczór i nie na miejscu ta uwaga. Ale okazała się bardzo na miejscu. Nie wiem, czy on już założył, że rano zaśpimy? W każdym bądź razie pomyślałam, że albo wróżka, albo prorok.
-Czy my nie idziemy dzisiaj do szkoły? - tym pytaniem obudził nas dzisiaj Mati. Ja do pierwszej w nocy przygotowywałam obiad i jak szłam spać, to słyszę od ojca wspaniałego:
-Ja lubię rano pospać.
Rzuciłam mu, że chyba jest wieczór i nie na miejscu ta uwaga. Ale okazała się bardzo na miejscu. Nie wiem, czy on już założył, że rano zaśpimy? W każdym bądź razie pomyślałam, że albo wróżka, albo prorok.
Taki początek dnia nie wróżył nic dobrego. Ja chora od trzech dni, Matylda chora od rana. Nie poszłyśmy więc do szkoły i pracy. Ja za to udałam się do lekarza po L-4.
Na drzwiach gabinetu lekarskiego od 3 miesięcy wisi kartka: prosimy o wyrozumiałość, uczymy się nowego systemu komputerowego. Do lekarza byłam umówiona na godz. 13.10. Zostaję wezwana do gabinetu o godz. 14.05. No ale nowy system. Pani doktor wypisuje L-4. Pada pytanie: gdzie Pani pracuje? No to mówię, że w urzędzie wojewódzkim. Pani doktor na to: -Oooooo, tam to nic nie robicie, tylko pierdzicie w stołki!
Gdybym nie miała dzieci, to zapewne doskoczyłabym jej do aorty i przegryzła - niech się wykrwawi na śmierć. Dla dobra moich dzieci i własnego zdrowia psychicznego zamilkłam, chociaż ciśnienie na pewno mi podskoczyło, a w głowie kłębiło mi się co najmniej kilka ciętych ripost i przykładów na powszechne "obiboctwo" lekarzy. Zacznijmy od pani doktor. Niechby urzędnik wywiesił taką kartkę na drzwiach... Niechby urzędnik kazał czekać klientowi godzinę i nie przeprosił....
Albo inne przykłady od pediatry sprzed dwóch tygodni.
Mam odebrać wyniki badań laboratoryjnych Matyldy z rejestracji, która znajduje się w tym samym budynku co przychodnia. Pani tłumaczy, że niestety nie ma wyników, choć powinny być, bo laborantkę pogotowie zabrało do szpitala. Ale radzi mi, żeby iść do pediatry, bo on ma podgląd na wyniki na komputerze. Pełna obaw idę. Jest 17.55. W recepcji ciemno, światła pogaszone, komputery wyłączone. Pani siedzi w kurtce z torebką na ramieniu. Do gabinetu drzwi uchylone. Pytam, czy jest doktor. Pani patrzy na mnie, jak na kosmitkę i pokazuje na drzwi. Wchodzę. Tłumaczę.
Odpowiedź: -Dlaczego Pani tak późno przychodzi?
Myślę sobie: a kuźwa kiedy miałam przyjść! Wychodzę z pracy o 16.30. W godzinę dojeżdżam do granicy miasta. Dalej jeden przejazd zamknięty. Zawracam, drugi przejazd zamknięty.
Ignoruję pytanie.
Dostaję odpowiedź na temat wyników, a na deser: -Na drugi raz proszę przyjść do 17.30.
Wymiękam.
Czy jakikolwiek urzędnik śmiałby powiedzieć klientowi, że na drugi raz ma nie przychodzić w ostatniej chwili, ale najpóźniej pół godziny przed zamknięciem?
A panu doktorowi, przepraszam, to płacą za siedzenie?
Bo mi to przynajmniej za pierdzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz